Chyba wspominam o tym przy każdej okazji w internecie — w moim podcaście, we wpisach dotyczących Holandii, otóż wyjechałam żeby zarabiać pieniądze. Do wyjazdu skłoniła mnie tylko i wyłącznie kasa, hajs, eurasy. Nie było chęci zwiedzania świata, poznawania nowych kultur i przeżywania przygód. 

Z tym wszystkim wiąże się jednak utrata czegoś bardzo ważnego w moim życiu, czego nie przewidziałam wyjeżdzając. Jednak zanim do tego przejdę muszę nakreślić pewien kontekst.

Praca

Wyobraź sobie, że przeprowadzasz się do innego miasta. Daleko od rodziny. Trzeba znaleźć nowe mieszkanie, lub pokój do wynajęcia. Jeżeli nie urządzone to trzeba będzie kupić sobie jakieś mebelki. Nie było w sumie nagranej wcześniej pracy, więc i za tą będzie trzeba się rozejrzeć. Sporo stresu i wiele niewiadomych, ale w sumie do ogarnięcia.

Wyjazd za granicę to coś takiego, tylko na sterydach. Inne zasady, inny język, inna waluta, inne przepisy.

Jednocześnie trzeba ogarnąć sobie lokum i pracę. Żeby nie było zbyt łatwo to tutaj nikogo nie interesuje kim ty byłeś w Polsce. Studia? Właściciel firmy? Dyrektor banku? Jakiś kierownik? Tam jest skrzyneczka i jazda, przerzucaj te paprykę.

Zaczynasz od zera. Poziom robaka.

Mieszkanie

To wszystko jest jak domino. Pierwsza kostka upadła.

Kiepska praca na początek to kiepskie pieniądze. Porządnego mieszkania za to się nie wynajmie. Część ludzi mieszka na mieszkaniach firmowych, a jak bardzo źle można trafić to już krążą legendy. Inni wynajmują pokoje, lub mieszkają u znajomych do których przyjechali.

Z czasem — dla jednych miesiące, dla innych lata — wynajmuje się własne mieszkanie. W przytłaczającej większości nic szczególnego. Stare, tanie, w taniej dzielnicy. Można powiedzieć, że to grubego remontu. Ale to wiadomo ogarnia się jak najtaniej.

Rodzina

To jest coś czego nie można w żaden sposób zastąpić za granicą. Wiem, że dla kogoś to może być ogromny plus wyjazdu — odcięcie się od rodziny. Ja natomiast mam to szczęście, że z braćmi wskoczylibyśmy za sobą w ogień. Bezwarunkowa pomoc, której na emigracji brakuje. 

Panuje taki stereotyp, że za granicą niczego nie robi się bezinteresowanie i niestety były przypadki, że to się u mnie sprawdziło. Strach tak naprawdę kogoś o coś poprosić bo nigdy nie wiadomo jaki będzie tego koszt.

Co tak naprawdę straciłam

Ja jestem taka, że muszę mieć wszystko poukładane i zaplanowane w życiu. Na wszystko musi przyjść odpowiedni czas. Najpierw bezpieczeństwo materialne, a potem rodzina.

Nie wyobrażam sobie tego, aby mogło być odwrotnie. Mieć tutaj dziecko na spontanie z nadzieją, że się jakoś ułoży, albo że o kasę to teraz niech się partner martwi? To nie brzmi jak dobry plan.

Dlatego wszystkie trzy opisane przeze mnie aspekty złożyły się na to, że nie mam jeszcze dziecka.

Mam wiele koleżanek, które mają tutaj dzieci i wiem jak czasami jest im trudno. Dla wielu z nich Holandia to nowy dom — chcą tutaj zostać. Poznałam też wiele dziewczyn, które tylko rozkładały ręce i mówiły, że jest ciężko z dziećmi tutaj. 

To jest właśnie ten koszt wyjazdu. Myślę, że gdybym została w Polsce to już jakiś czas temu zdecydowałabym się na pełną, prawdziwą rodzinę.

Jest to coś co w ekonomii nazywa się kosztem alternatywnym, kosztem utraconych korzyści. Nie można po prostu mieć w życiu wszystkiego.

Comments are closed.