Do Holandii wyjechałam prawie 10 lat temu. Wtedy w Poznaniu najniższa stawka jaką mi zaproponowano to było 6 złotych (chyba netto) za godzinę pracy. Oczywiście pracy fizycznej. Bo w sumie tylko taką wykonywałam przez swoje życie.

Jeżeli śledzisz mój podcast to już wiesz co nieco o moim doświadczeniu zawodowym i moich przebojach w pracach. Jeżeli jeszcze nie znasz tego odcinka to zapraszam serdecznie.

Po tych latach muszę przyznać, że praca fizyczna w Polsce i Holandii to dwie różne bajki. Wcale nie chodzi o to, gdzie jest ciężej, ale o podejście firmy do pracownika i też pracownika do szefów.

O prawdziwy awans jest bardzo ciężko

Gdy pracowałam w Polsce przeważnie czułam się doceniona jako pracownik. Dość szybko udawało mi się złapać dobry kontakt z szefem, proponowano mi jakieś dodatkowe szkolenia.

W Holandii… Zapomnij. Na jakie stanowisko składa się CV na takim się pracuje. Jeżeli już przytrafi się „awans” to jest to tylko zmiana obowiązków. Pracy jest więcej, pieniędzy tyle samo, a sama nazwa stanowiska to jakiś wewnętrzny wymysł firmy i nie sposób tego przenieść sensownie do CV. 

Taki awans to jedynie „prestiż” na hali.

Myśle, że na taki stan rzeczy składają się dwa czynniki:

  1. Brak, lub słaba znajomość języka holenderskiego. Jeżeli nie mówisz swobodnie jest postrzegany jako osoba co tu dużo mówić, głupia. Taka, które w swoim własnym języku też nie ma nic do powiedzenia. 
  2. Ludzi do pracy jest masa. Sama nie mogę się nadziwić, ale ludzi do pracy naprawdę nie brakuje. Kiedy rusza sezonowy nabór to po miesiącu można być już w zupełnie nowym towarzyskie i nikogo nie znać.

Szef nie stara się o pracownika

Wierzę głęboko, że praca to układ obustronny. Ja jestem po to żeby wykonać konkretne zadania, które są zgodne z wizją firmy i szefów, ale i oni muszą mi zapewnić odpowiednie warunki.

Niestety na swojej drodze spotkałam wielu „przywódców”, którzy pracowników traktowali po prostu jak siłę roboczą, która nie jest od gadania.

Bywa też tak, że niektórzy szefowie budzą się z ręką w nocniku. Jak jest już za późno bo pracownik złożył wypowiedzenie. Okazuje się wtedy, że taki gość jest tak naprawdę potrzebny i szefa uwiera to, że teraz będzie musiał znaleźć sobie kogoś równie dobrego.

Ja wiem, że to jest jedna z technik negocjacyjnych „dawaj, albo spadam”, ale jeżeli ja składam wypowiedzenie to znaczy, że mam już po prostu dość.

Zdarzyło mi się kilka razy, że wtedy proponowano mi jakieś wydumane stanowiska, a nawet udziały w zyskach sklepu.

Skąd ktoś ma wiedzieć czego oczekujesz?

Było tak, że naprawdę polubiłam pracę, miejsce i ludzi z którymi pracowałam. Nawet otrzymywałam te niby awanse. Ale często chciałam więcej. Łudziłam się, że zostanę doceniona i zauważona.

Co się okazywało? Że stałam się niezastąpiona, czyli taka która nie może liczyć na nic innego i tylko robić swoje. Bo jak wiadomo niezastąpieni ludzie nie awansują. Dla przełożonych wcale nie było takie oczywiste, że ja mogę chcieć od pracy więcej.

Nauczyłam się, że jeżeli nie walczysz o to czego chcesz to tego nie dostaniesz. Nikt nie zapuka do drzwi i nie poda na złotym talerzu lepszej pracy, wyższej pensji. Zresztą nikt nawet nie wie co ty chcesz, jakie masz cele, co masz w głowie.

Takim sposobem można przepracować lata i niczego nie zmienić. Tobie może być wygodnie, a Twojemu szefowi to już na pewno jest.

Comments are closed.