Z wiadomości jakie od was dostaję wynika, że najbardziej interesują was wspominki. Zwłaszcza te poruszające dzieciństwo. Chyba tęsknimy za tymi beztroskimi czasami, kiedy można było się cały dzień bawić. I nie trzeba było nastawiać budzika.

No dobra trzeba było wcześnie wstawać bo do szkoły. No i w sumie trzeba było odrabiać lekcje do późnego wieczora, . Więc to w sumie tak jakby przynosić pracę do domu. No i mama pilnowała żeby te lekcje były odrabiane.

Czyli wynika na to, że to tak jakby mieć szefa nie dość, że w pracy to jeszcze w domu. Niby to dzieciństwo takie kolorowe, ale jak tak człowiek się skupi to już nie bardzo. 

Podcastu posłuchasz tez w:
APPLE PODCAST | GOOGLE PODCAST | SPOTIFY | YOUTUBE

Podcast do przeczytania

Nie wiem jak u was, ale u mnie w obowiązku były wizyty u dziadka i babci. No wszystko mogłoby się wydawać spoko bo większość babć lubi rozpieszczać swoje wnuki. Dawać cukierki, sypnąć pieniądzem na lody, ale ja miałam jedną babcię co ona nie szczególnie lubiła dzieci. Nie było tak, że miała swoje ulubione wnuki i te mniej. Ona po prostu nie faworyzowała nikogo. Wszystkich nie lubiła po równo i w każdym widziała szkodnika. Najgorzej to było jak ktoś dotykał jej rzeczy. Co to było za dzieciństwo.

Wizyta u babci jak wizyta w muzeum

Ona miała taką witrynkę z figurkami ozdobami i innymi równie cennymi przedmiotami. Ciężko mi opisać te figurki bo to był zbieranina bez ładu i składu, ale to była dla niej rzecz święta.

No, a wiadomo jak to jest z dzieciakami. Muszą wszystko sprawdzić, wszystkiego dotknąć. No i ja jej te figurki dotykałam. Ona słuchajcie nawet nie czekała aż sobie pojedziemy. Klęła jak tylko zauważyła, że jakaś figurka zmieniła położenie o milimetr i poprawiała ją z powrotem.

Wszystko musiało mieć swój porządek.

To mieszanie to w ogóle jak muzeum, tego nie dotykaj, tamtego nie ruszaj. Szkoda, że nie wpadła na pomysł zrobić takich wiesz… barierek oddzielających zwiedaajzcych.

No ale to nie było to najgorsze. Najgorsze było to, że z babcią trzeba było się witać całując w policzek. Obowiązkowo 3 razy. Matko kochana, jakie awantury były o to. To było tak niekomfortowe. 

Poza tym całowaniem babcia miała też fajne cechy. Zawsze przywoziła nam czekoladę i to taką nie za 80 groszy tylko tą fioletową  z Goplany. To był rarytas. Tę czekoladę to się jadło zawsze pierwszą. Robiła też super sałatkę warzywną z jabłkiem co dla mnie było czymś niespotykanym. 

Zapytałam się Artura, czy ma jakieś złe wspomnienia z dziadkami. Powiedział mi, że jemu dziadek kazał śpiewać piosenki za kasę, lub recytować wiersze. I to nie że jedną zwrotkę i odbębnione. I to wszystko za 5 zł. Natomiast babcia nie lubiła niejadków. Ma takie jedno zdjęcie kiedy babcia wciska mu łyżka zupę na siłę, a on cały zaryczany. 

Przywiązanie do matki

Ja już wielokrotnie wspominałam o przywiązaniu do matki, ale to pewnie dlatego, że ona całe swoje najlepsze lata poświęciła właśnie mi i mojemu rodzeństwu.

No i ja pamiętam wyjazdy szkolne, gdzie zbiórki zawsze były pod szkołą. Rodzice machali jak dzieci odjeżdżały. Kurwa dla mnie to był dramat. Pamiętam matka zawsze robiła mi na drogę kanapki z kotletem schabowym co powodowało rechot całego autobusu…

A co powodowało u mnie? Łzy.

Ale to były łzy tęsknoty. Wszystko przypominało mi mamę. Wszystko. Nawet chusteczki higieniczne. Specjalnie siadałam od strony okna, żeby udawać, że oglądam krajobrazy, a tak naprawdę to ryczałam za domem. Nie wiem, czy to było normalne, ale ja tak miałam. I ja nie rozumiem jak wycieczki szkolne mogą się komuś dobrze kojarzyć. Takie dzieciństwo.

A pamiętacie jak to było kupować ubrania z mamą?

Zakupy z mamą

Mnie mama zabierała na ryneczek. No przecież już wspominałam, że wychowałam się na wsi. Normalnie jak ktoś chciał się obkupić w ciuszki to jechał do większego miasta, albo korzystał z dwóch sklepików z ubraniami na miejscu. Problem był taki, że to nie jak H&M. Gdzie rozmiarówka od S do XXL i kupujesz wszystko co wpadło ci w oko. Nie nie nie. Kupowało się to, co było w twoim rozmiarze. Ratunkiem były właśnie ryneczki czwartkowe. Można było się tanio i międzynarodowo ubrać. No, powiedzmy.

No i szło się z matką po spodnie. 

Mama mówiła “choć wybierzemy ci jakieś spodnie”. Oczywiście to wybierzemy oznaczało, że ja muszę się zgodzić na to jej się spodoba. Powiedz matce, że podobają ci się spodnie z brokatem. – “nie ma opcji, nie będziesz wyglądać ja klaun”. Chociaż połowa dziewczyn w szkole ma spodnie z brokatem i właśnie wyglądam jak klaun bo ich nie mam.

Albo buty. Ja się decydowałam na glany bo jak widziałam te jej propozycje ciepłych i solidnych kozaczków to mi słabo było. Bo te co ona wybrały były MODNE… Przecież wszystkie jej kumpelki z chórku kościelnego tak się ubieraj. No i kupowało się spodnie i buty i nosiło aż się zetrą. Takie czasy, takie moje dzieciństwo. Żadnej fantazji, a żeby cię ktoś zapytał jaki jest twój ulubiony kolor. Nie, nie. Praktyczne podejście do ubioru. 

Artur ma podobne wspomnienia z kupowaniem ubrań. Powiedział, że najgorzej jak ta jedyna kupiona bluza zbiegła się po pierwszym praniu. Długość do pępka, rękawy do łokcia. To trzeba było ją nosił do następnych zakupów. O jednych uniwersalnych butach i na boisko i kościołowych nie wspominając. 

Jeden telewizor w domu i walka o pilot

Teraz panie to rarytas. Każdy przed swoim komputerem, telefonem, tabletem. Nie to co kiedyś jeden telewizor w domu. Wkurzało mnie to okropnie bo oczywiście jedynym właścicielem i panem pilota był ojciec.

I tak siedzieliśmy, oglądaliśmy ciągle bonanza czy inne westerny. A no i nie zapominajmy o filmach o Jezusie…. Jezusie niektóre filmy znaliśmy na pamięć. W końcu fabuła niewiele się zmienia.

A mi się marzyło Truskawkowe studio albo szalone liczby, albo ukochana dr Quinn. A jak chwilowo nie było żadnego filmu to słuchaliśmy niemieckiej Vivy. Celowo mówię słuchaliśmy, bo ojciec lubił wszystko z rozmachem więc słuchaliśmy z cała ulicą.

Liczę do trzech i ma być spokój!

Niby te dzieciństwo powinno być beztroskie. Siedzimy z braćmi i się czilujemy bo akurat ojca nie ma w domu i można nie oglądać Jezusa. Na to wchodzi mama i widzi ten niby bałagan. I się zaczyna. “Nie jestem waszą sprzątaczką, beze mnie byście zginęli. Liczę do trzech, sprzątać!”. Dobra, ja rozumiem, ale po co tak od razu krzyczeć? Albo jak nie chciałam jej pomagać mówiła ja w twoim wieku to w polu robiłam. Bogusia to w ogóle miała najgorzej

A jak moi bracia byli nie do zniesienia. Jak były jakieś bitwy i awantury, to mama zawsze mówiła “jesteś starsza to musisz być mądrzejsza”. I tak się człowiek dawał okładać. Bo jakby oddał to byłoby, że przecież oni są młodsi, czyli z automatu niewinni.

Co najlepsze, oni zawsze stawali po swojej swojej stronie nawzajem, że jak zadzierałam z jednym to drugi też był już gotowy do walki. Słownej, czy na pięści. Nie było znaczenia. W ogóle młodsze rodzeństwo to nie jest coś o czym się marzy jak się jest dzieckiem.

Dzisiaj jest już zupełnie inaczej, jest z kimś się napić piwka i powspominać. 

Mądrości dorosłych

Kiedy jesteś mały to każdy dorosły uważa z automatu, że jesteś proporcjonalnie do wzrostu głupi. No i potem rośnie się z tymi wszystkimi mądrościami życiowymi i radami jakie dawali starsi. I teraz człowiek siedzi nad tym obiadem, już w sumie jest najedzony, ale jeszcze te mięso na talerzu. Bo ziemniaki można zostawić.

Moim ulubionym powiedzeniem było “dzieci i ryby głosu nie mają”. Albo jak robiłam głupie miny to mówili “nie rób, bo Ci tak zostanie”, albo “ty nie jesteś wszyscy”.

Masa tego była. Co to były za czasy. Ciekawe czy kolejne pokolenia rodziców też mają takie powiedzonka. 

Tak więc widzicie, niby można było robić co się chce, ale nie do końca. Ciekawa jestem jak to było u was. Beztroskie dzieciństwo czy walka na argumenty z rodzicami?

Na zakończenie dzisiejszego podcastu pozdrawiam wszystkich, którzy wychowywali się w latach 90 czyli tych co pamiętają gumy turbo, kasety i tamagoczi, I wpiszcie sobie w wyszukiwarkę zabawki lat 90 i powspominajcie. Super są takie wspomnienia. Buziaki.

Comments are closed.