Wspominałam już w jednym ze swoich podcastów, że mam dość bogate doświadczenie zawodowe. Jednak brakowało mi czegoś nowego, jakiegoś wyznawania. Dlatego zapisałam się na kurs szycia na maszynie.

Podziwiam ludzi, którzy mają jakieś umięjętności, które z czasem mogą przekuć na swój mały biznesik. Ja też tak bym chciała!

Pewnego wrześniowego poranka zbudziłam się z pomysłem. Chcę się spróbować szycia na maszynie. Szkoda mi było jednak poświęcić czas i pieniądze na samodzielną naukę. Kupić niewłaściwą maszynę, denerwować się, że nie potrafię nawlec igły. Nie. Chciałam to zrobić na poważnie.

Podstawiłam na kurs szycia na maszynie

Odpaliłam Internety w poszukiwaniu kursu szycia, no bo dzisiaj kursy są na wszystko. Już nie trzeba iść do szkoły zawodowej, aby nauczyć się jakiegoś fachu. Moje kryteria były bardzo rzeczowe. Szkoła musiała być gdzieś, gdzie dolatuje samolot z Holandii i najlepiej w mieście, w którym ktoś znajomy mógłby mnie przenocować. Po tygodniu byłam już w Warszawie (to był mój pierwszy raz w tym mieście). Zatrzymałam się u starej znajomej z czasów kiedy razem macałyśmy paprykę, czy ta aby jeszcze jest zdrowa i jędrna. Ona nawet została twarzą tej firmy, w której pracowałyśmy, a ze mną rozstano się po wygaśnięciu tymczasowego kontraktu. Być może moja definicja jędrności różniła się od tego, czego oczekiwało szefostwo.

Wykupiłam kurs szycia na maszynie dla początkujących, no bo rzeczywiście byłam zielona jak szczypiorek. Wybór padł na szkolenie w Ultramaszynie. Czy polecam? Tak. Czy mi zapłacili, żebym tak mówiła? Nie.

Pierwszego dnia okazało się, że grupa jest tylko sześcioosobowa. W dodatku okazało się, że nieznacznie odstaję od reszty. Wróć. Znacznie odstaję od reszty bo ja nawet nie dotykałam w życiu maszyny do szycia, a dziewczyny już coś tam działały w swoich domach.

Nie umiem kompletnie szyć, ale chyba nie warto się zrażać?

Może miałam farta a może wszystkie nauczycielki w tej szkole są takie wyrozumiałe i oddane nauczaniu jak Pani Asia, która prowadziła naszą grupę. W ogóle jej nie przeszkadzało, że nie mam rozmiaru 34—44, bo takie wykroje były dostępne, a tworzenie większego to przecież dodatkowe komplikacje. Ze spokojem po trzy razy tłumaczyła mi to samo i nie zagotowała się ani razu. Ja na jej miejscu zaczęłabym pić melisę i zgłosiła w centrali, żeby więcej takich zielonych nie zapisywali. Kumpelki, które były krok przede mną to był plus. Zawsze służyły dobrą radą i nożyczkami jak się zapodziało swoje. 

Pani Asia doradziła mi jaką maszynę wybrać, bo przecież nie miałam o tym pojęcia. Już dzięki tej poradzie można powiedzieć, że zwrócił mi się kurs. Nie musiałam na własną rękę kupować niczego w ciemno za bóg wie ile monet z milionem wodotrysków, które są fajnie, ale tylko na ulotce reklamowej. Po namowach mentorki kupiłam taką dopasowaną do swoich potrzeb, na której bardzo fajnie mi się pracuję.

Wiem, że teraz dużo pracy przede mną i nauki, ale przynajmniej już bez takich początkowych frustracji, bo podstawy są, tylko jeszcze trzeba opanować ten szalony ścieg, który nigdy nie chce iść prosto. Ćwiczę, szyję. Nawet mężowi uszyłam koszulkę. No miał ją nosić w dzień, ale coś postanowił, że będzie to nocna koszulka. Wstydzi się, czy jak?

W każdym bądź razie nie poddaję się. W najbliższej przyszłości planuję dalej szyć, ale już coś konkretniejszego. Może uszyję sobie sukienkę, albo piżamkę. Zobaczymy. Choć nie mam umiejętności i jestem początkującym szyciuszkiem to szycie na maszynie sprawia mi równie dużą frajdę jak nagrywanie podcastów. Jeśli zastanawiasz się czy się do tego nadajesz to najprawdopodobniej się nadajesz tylko boisz się zrobić  ten pierwszy krok.

Comments are closed.